Zgromadzenie Sióstr Westiarek Jezusa

Wszystko dla Jezusa przez Maryję

S. Ewa o swoim życiu i powołaniu


                                                            „Oto jestem przecież mnie wołałeś”

 

Swoje powołanie do służenia Bogu poczułam ok. 17 roku życia. Wcześniej byłam tzw. letnią chrześcijanką świętującą niedzielę bo tak wypadało, bo rodzina, bo zwyczaj, tradycja itp… Mając lat 16 przeżyłam zwrot w tym letnim chrześcijaństwie doświadczając kruchości i znikomości  ludzkiego życia. Czułam całą sobą jak bezsensowne jest życie bez Boga, bez kierunku i celu szarpiąc się w codziennym monotonnym życiu.

Byłam wtedy w szkole zawodowej. Nie angażowałam się  ani w oazy, ani w scholę, nie chodziłam na pielgrzymki, nie jeździłam nigdzie na rekolekcje. Przy małej, wiejskiej parafii raczej nic się nie działo a zmienić środowiska raczej się nie dało z powodu mnóstwa prac na polu, w gospodarstwie i domu. Prace te w coraz większym stopniu spadały na mnie i młodszego brata. Wkrótce do ogromu prac i zmagania się z ubóstwem dołączyła choroba ojca, który wymagał stałej opieki co przykuło mnie do domu na długie lata. Mama odeszła z domu gdy miałam 11 lat a brat 9. Nie było czasu na użalanie się nad sobą, trzeba było zająć się szkołą, domem, gospodarstwem i zarabianiem na chleb. Jednak od szkoły zawodowej czułam, że Bóg mnie woła by pójść za Nim. Z początku wydawało mi się, że to chwilowa fascynacja Bogiem, że mi to przejdzie. Koleżanki przekonywały mnie, że mi „odbiło”. Ojciec kiedy dowiedział się o tym zaczął panikować, że go porzucę, zostawię chorego i pójdę sobie. Nie mając więc żadnego wsparcia zaczęłam się zastanawiać się czy to moje „powołanie” które odczuwałam coraz silniej, nie jest jakąś mrzonką. Zaczęłam się miotać usiłując zagłuszyć wewnętrzne wołanie. Pomyślałam: dam sobie czas, pójdę do szkoły, może na jakieś studia, pójdę do pracy, kupię samochód i będę szczęśliwa. Gdzież tam! Wszystko to z czasem miałam ale co z tego gdy wszystko wołało we mnie: to nie jest twoje miejsce!

Wyjść za mąż na siłę? To też nie miało sensu choć byłam nawet obdarowana miłością uczciwego człowieka, który miał w stosunku do mnie poważne zamiar. Ale uczciwość za uczciwość, więc odmówiłam by nie dawać nadziei i nie bawić się ludzkimi uczuciami. Do małżeństwa nie ciągnęło mnie wcale. Dużo się modliłam a choć życie było obowiązkami wypełnione „na maksa” zostawiając mi resztki czasu dla siebie to, nie przeszkadzało mi to w modlitwie, która stawała się co raz intensywniejsza. Moje życie duchowe rozwijało się mimo, że pracowałam po 12 godzin dziennie. Praca w fabryce okiem a potem pomoc bratu w gospodarstwie i opieka nad ciężko chorym ojcem.

„Kłóciłam” się z Bogiem o swoje powołanie, bo dał mi je a nie dał możliwości zrealizowania go. Do domu przykuł mnie obowiązek opieki nad ojcem. Musiałam podjęć pracę taką jak była wtedy dostępna. Emerytura ojca nie wystarczała na jego potrzeby. Opiekę nad ojcem nie mogłam zostawić bratu bo nie dałby rady. Nie chciałam oddawać ojca do domu opieki bo on nas nie oddał do domu dziecka kiedy już jako starszego człowieka żona zostawiła go z dwójką dzieci. Tego nie mogłabym zrobić, zamęczyłoby mnie sumienie!

Skończyłam trzydziestkę a sytuacja nie zmieniała się. Wyćwiczyłam się w wytrzymałości na trudy i w cierpliwości. Zdałam się na wolę Bożą. O swoim powołaniu myślałam już z rezygnacją, bo pewnie w tym wieku już do zakonu mnie nie przyjmą. W powołaniu wspierała mnie jedynie moja ciocia. Ona też kiedyś poczuła powołanie ale wojna pokrzyżowała jej plany. Wspierał mnie także  ks. proboszcz mojej parafii, który był moim spowiednikiem przez te wszystkie lata moich wewnętrznych zmagań. W 2008 r. zmarł mój ojciec więc poczułam, że mogę już zrealizować swoje pragnienie zakonnego życia. Jeszcze tego samego roku wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr Westiarek Jezusa. Przed wstąpieniem do zakonu pogodziłam się ze swoją mamą, która kiedyś mnie porzuciła.

W zakonie wiele rzeczy mnie dziwiło a nawet na początku mnie przerażało. Wiele musiałam w sobie zmienić ale czułam wewnętrzny spokój i całą sobą czułam że „oto jestem w domu”. Nie opuszczało mnie to poczucie mimo kryzysów i lęku czy sobie poradzę. Nie ważne stawały się potknięcia, lęki… ważne było, że kocham Tego, Który mnie powołał. Szczęściem było dla Niego żyć i czynić to co Jemu się podoba. Nic nie był w stanie zgasić tego szczęścia i entuzjazmu. Czuję się ogromnie dłużna Bogu za wszystko co mi dał i daje. Wdzięczna jestem też siostrom za wszelkie wyświadczone dobro. Niedawno był ten wymarzony, upragniony dzień ślubów wieczystych tak bardzo ważny i pełen szczęścia. Jestem Oblubienicą Chrystusa!

S. Ewa

 

Galeria prac

Strony parafialne ISP Platforma: ISP 3.21.0
by strony-parafialne.pl
Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
37 0.14572310447693